Przypadek mojej mamy


Jak działa Bruno Groening



Pisałam wcześniej jak trafiłam do Koła Przyjaciół Bruno Groeninga. Ci, którzy ten wpis czytali, wiedzą już, że szukałam alternatywnych sposobów leczenia mojej mamy z ciężkiej, przez lekarzy uznanej za nieuleczalną, choroby Parkinsona. Choroba ta toczy się w organiźmie powoli, ale jej działanie coraz bardziej zniedołęża organizm. Osoba dotknięta tą chorobą staje się coraz mniej ruchliwa i wymaga coraz większej opieki.

W momencie, w którym trafiłam do Koła Przyjaciół Bruno Groeninga, stan mojej mamy był opłakany. Choroba tak dała o sobie znać, że mama robiła już kroczki malutkie niczym gejsza. Wstawanie z pozycji siedzącej było dla niej nie lada wyczynem, że nie wspomnę o podnoszeniu się z pozycji leżącej. Już nawet planowałyśmy kupić specjalne łóżko z podnośnikiem oraz rozpatrywałyśmy zamontowanie balustrady przy łóżku. Oczywiście na spotkania jeździłam od początku z mamą i ona te nauki Bruna zrozumiała, uwierzyła w nie i zaakceptowała. W zasadzie już po pierwszej wizycie w Kole przestałyśmy rozmawiać o tym rehabilitacyjnym łóżku i balustradach. Ja tak przejęłam się naukami Bruna, tak cieszyłam się, ze zapaliło się dla nas zielone światełko, że od razu zaczęłam wcielać wszystko czego się dowiedziałam w swoje własne życie. Przede wszystkim codziennie od tamtej pory nastawiam się regularnie, codziennie robię postępy w swoim rozwoju duchowym, codziennie rozmawiam z Brunem i codziennie wierzę mocno, że moja mama całkowicie wyzdrowieje. Nie ma innej opcji.

Pół roku temu, jak ten czas szybko leci, byłam z mamą u jej neurologa prowadzącego, w celu zmonitorowania stanu jej organizmu i postępu choroby. To było na samym początku mojej przygody z Brunem. Niemal zaraz po pierwszym z nim spotkaniu. Jeszcze wtedy było za wcześnie, żeby liczyć na jakąś spektakularną poprawę, ale chciałyśmy wiedzieć w jakim punkcie się znajdujemy.

Pani neurolog bardzo wnikliwie zbadała moja mamę i orzekła, że stan naprężenia jej mięśni jest w fatalnym stanie i zaordynowała jej orócz “Madoparu” dodatkowy lek, mający trochę ten stan poprawić. Lek nazywał się “Jumex”. Oczywiście wypisała receptę i kazała przyjść na kontrolę za pół roku.

Zaraz po powrocie do domu poszłam mamie zrealizować receptę i wykupiłam ten “Jumex” dla świętego spokoju. Moja mama przeczytała ulotkę i jak nigdy, tak ją ta ulotka, a właściwie jej treść przeraziła, że postanowiła tego leku nie brać. Notabene, ten nieszczęsny “Jumex” do dnia dzisiejszego stoi w nienaruszonym stanie. Oczywiście cały czas potem nastawiałam się sama i wspólnie z mamą, jeździłyśmy, jeśli to tylko było możliwe, na spotkania Koła, dużo czytałyśmy o Bruno i prosiłyśmy go o wsparcie i pomoc w uzdrowieniu. Zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Któregoś dnia stoję z moją siostrą w oknie i obserwujemy mamę, która po drugiej stronie ulicy kroczy do fryzjera, ale jak kroczy. To już nie były kroczki gejszy, tylko normalne susy. Siostra była w szoku. Później było pogorszenie, okropny ból głowy i szyi, ból w biodrach i kłopoty ze wstawaniem. Aż tu nagle wszystko przeszło i samopoczucie mamy zaczęło się ewidentnie poprawiać.