Relacja o uzdrowieniu z raka relacjonowana na zjeździe w Hamburgu
Zgodnie z obietnicą o publikowaniu relacji z uzdrowień, chciałam Państwu przytoczyć teraz, tu na moim blogu relację Niemca Hansa Alberta Drall o jego wyzdrowieniu z raka. Wszystko co przeczytacie stało się naprawdę, a ja zdarzenie opisuję słowo w słowo wg/relacji samego uzdrowionego.
A oto relacja samego Hansa Alberta Drall przetłumaczone z jęz. niemieckiego.
Kiedy tutaj dzisiaj stoję, może ktoś słyszy bicie mojego serca. Stoję obok Pani Hausler, pan Kamp siedzi tam. Przeprowadziliśmy już wcześniej kilka rozmów.
Zanim zacznę mówić o swoim uzdrowieniu, chciałbym przekazać Państwu swoje rozpoznania, jakie z tego wyniosłem i przekazałem dalej przyjaciołom, bo stwierdziłem że wielu przyjaciół szuka pomocy i nie wiedzą dokładnie co powinni zrobić. A potem powiem już o uzdrowieniu. To było moje wprowadzenie.
Nazywam się Hans Albert Drall , mam 60 lat, mieszkam w Bawarii w Pfaffenhofen, ale nie jestem Bawarczykiem. Przesyłam serdeczne pozdrowienia z regionu Ingolstadt.
Co mam do powiedzenia? Żeby zgłębić tą naukę, najważniejsze jest zaufanie i wiara. To jest właśnie to szczególnie ważne zdanie. Wszystko w tej nauce polega na nastawianiu się. I to wszystko żyje, ożywia Państwa poprzez to, że się nastawiacie. Nastawianie się otwiera Wam wszystkie drzwi i serca.
Jestem czasami zdziwiony, zaskoczony, jak przyjaciele nastawiają się, jak powierzchownie, niedbale się to dzieje, że o 9.00 rano jedzie się do Aldiego, bo są tam jakieś przeceny. Pytam Was czy jesteście pewni, co robicie, kiedy się nastawiacie? Czy rzeczywiście to wiecie?
Nastawianie się, to połączenie z Bogiem. Macie wówczas połączenie z “górą”. Myślę, że wielu nie zdaje sobie z tego sprawy. Nastawianie się musi być dla Was tak drogocenne jak diament! I zróbcie z niego brylant i noście go. Myślę, że Pani Hausler nosi na swojej siwej głowie
drogocenny, brylantowy diadem.
Nie jest ważne kto powie jakiemuś człowiekowi o chorobie, nie jest ważne gdzie i kiedy. Ważne jest jak się z tym obchodzić To jest bardzo ważne, że wiem, w jakiej jestem sytuacji i jak mam postępować.
Ja sam wiele lat spędziłem za granicą i nieobce mi były inne religie, znam Indie. Mieszkałem 2 lata w Singapurze, 4 lata w Bangkoku, w Hongkongu, w Tajlandii. Znam te wszystkie kraje. Z tego też powodu przejąłem teraz prace związane z publikacjami w Singapurze i Tajlandii. W Tajlandii nawiązane zostały kontakty, aby założyć tam wspólnotę. Akurat teraz zajmuję się tym. To jest to co chciałem Wam przekazać o mojej osobie.
Chciałem jednak przede wszystkim opowiedzieć o tym, co przeżyłem. Opowiem Wam to tak, jak rzeczywiście było i to mnie cieszy, bo nie mogę tego wszystkiego opowiedzieć moim sąsiadom, ponieważ mnie nie zrozumieją. I tak jak rozmawiam z Wami, z pewnością nie mogę rozmawiać z moim sąsiadem z naprzeciwka, bo powie: “Ty zwariowałeś!” Wy tak nie powiecie, bo Wy to czujecie. Mogę przed Wami otworzyć swoje serce, mogę się wzruszyć, mogę dostać zawrotu głowy i wszystko będzie w porządku.
W 2000 roku stwierdzono u mnie raka wątroby i jelita grubego. 30.10.2000 roku miałem operację jelita grubego, 6 tygodni poźniej 6.12.2000 zoperowano mi wątrobę. W 2001 roku przez kwartał miałem chemioterapię, którą potem przerwano, żeby moje ciało mogło odpocząć. W tym czasie utrzymywałem dietę, jadłem wszystko gotowane, owoce, warzywa, mało mięsa, produkty diabetyczne. Żyłem według wskazań ajorwedy, kupowałem sobie ajorwedyjskie produkty. Jednak po jakimś czasie zorientowałem się, że coś nie gra. To było we wrześniu 2001 roku. Byłem cały żółty. Dostałem szybko termin wizyty w Klinice Uniwersyteckiej w Regensburgu. Zrobiłem się żółty w ciągu kilku godzin, wyglądałem na twarzy jak pomarańcza, białka oczu było żółte. Tam zrobiono mi badania i okazało się, że stan mojego zdrowia pogorszył się. Były nowe przerzuty, cała wątroba była zajęta. Stwierdzono również przerzuty w płucach, były też zaatakowane węzły chłonne. Jeden guz zamykał odpływ woreczka żółciowego i dlatego byłem żółty. Płyn nie mógł odpływać i na balu dla przebierańców zdobyłbym najprawdopodobniej pierwszą nagrodę.
Wtedy wsunięto mnie do “rury”, to znaczy zrobiono mi badania tomografii komputerowej emisyjnej. Wówczas ciało jest obrazowo cięte na warstwy i stwierdzono, że na obydwu płucach są przerzuty, co dla mnie było nie do pojęcia. Przerzuty były w jamie brzusznej i w węzłach chłonnych. Zawsze zachowywałem się tak, że jak rozmawiałem z lekarzem, chciałem jasno wiedzieć, jaka jest moja sytuacja. Spytałem lekarzy: Jak wygląda mój status?, chciałem to dokładnie wiedzieć. Wówczas wytłumaczono mi i powiedziano: “Co mamy z Panem zrobić? Wątroba jest pełna, płatów płucnych nie możemy usunąć, w brzuchu też nie możemy wyciąć dziury i do tego jeszcze węzły chłonne. Pan nie ma żadnych szans.” Oczekiwałem jasnej odpowiedzi. Powiedziano mi: “Przeprowadzimy u Pana chemioterapię”. W tym celu założono mi port (drenaż) koło prawego obojczyka. Wstawiono mi równiez stent (protezę wewnątrznaczyniową) do dróg żółciowych, by mogła odpływać żółć. Powiedziano mi jednak, że ta chemioterapia nie pomoże: “My lekarze, czynimy to, bo jesteśmy do tego zobowiązani, ale jako lekarze nie możemy Panu pomóc. Nawet nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozwoju przerzutów. Zostały Panu jakieś dwa miesiące życia.”
Muszę przyznać, że zacząłem żegnać się z przyjaciółmi, z rodzicami, którzy mieszkają na północy, z synami. Powiedziałem o mojej sytuacji, przygotowałem testament. Załatwione były sprawy służbowe, jak się to wszystko miało dalej rozwijać, bo prowadziłem własną, niezależną działalność.
Moja żona jest naturoterapeutką. I tak zaczęło się to wszystko. Przypadki. W pewien dzień tygodnia idzie do swojej matki i akurat w tym dniu miała klucz do skrzynki pocztowej. Otworzyła skrzynkę, wyjęła pocztę. Były tam również reklamy i najróżniejsze rzeczy i między innymi niebieska ulotka, na której było napisane:” Uzdrowienie na drodze duchowej poprzez naukę Bruno Groeninga medycznie udowodnione”. Wróciła do domu zafascynowana i powiedziała: “To Ci pomoże! Pójdziemy tam na ten wykład.” Ale w tym czasie ja poszedłem już duchowo w zupełnie innym kierunku. Powiedziałem do niej: “Idź Ty tam”. Ona jest naturoterapeutką, zrozumie to lepiej niż ja. Poszła na ten wykład i wróciła zachwycona. Powiedziała: “To jest ratunek! Pójdziemy tam.”
To było dokładnie tydzień poźniej, w poniedziałek 22.10. Rano miałem znowu moją chemioterapię. Cały w rurkach, ze zbiorniczkiem nadciśnieniowym z boku – w takim stanie poszliśmy tam. Wyobraźcie Państwo sobie tą sytuację. I te pomieszczenia, do których weszliśmy, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Po bawarsku powiedziałoby się, że to była spelunka, karczma. Jak weszliśmy, siedzieli tam jacyś ludzie i wykrzykiwali coś. Przeszliśmy obok baru do pomieszczenia z tyłu. Jak weszliśmy, siedzieli tam jacyś ludzie, zobaczyłem zdjęcie Bruno Groeninga, zrobiło na mnie przyjemne wrażenie, było stoisko z książkami. Zastanowiłem się, czy ma to coś wspólnego z religią. Wcześniej miałem do czynienia z buddyzmem, hinduizmem i innymi kierunkami, które przeżyłem w Indiach i jestem na te sprawy otwarty. Jednak nie odebrałem tego jako religii, tylko jako naukę. Pomyślałem sobie: “Coś podobnego jak trening autogeniczny”. Usiadłem i ktoś zaczął opowiadać. Relacjonowała jakaś kobieta, prosta kobieta ze wsi, która przeżyła uzdrowienie. Przedtem nie mogła poruszać rękami. Powiedziała, że odwiedziła lekarza, który jej nie mógł pomóc. Wtedy przyszła na spotkanie Koła Przyjaciół Bruno Groeninga i została jej udzielona pomoc. Teraz może poruszać rękami. Jej mąż powiedział: “Zwariowałaś, lekarze nie mogą Ci pomóc i Ty myślisz, że jak pójdziesz do Koła Bruno Groeninga, to otrzymasz pomoc!”.
I została jej udzielona pomoc. Wszystko to mówiła prostym językiem, wiejskim językiem, trudno zrozumiałym językiem. To były moje pierwsze wrażenia. Trochę nieszczególnie się czułem, bo to było moje pierwsze spotkanie z Kołem. Siedziałem i słuchałem tego, co mówiono. Przysłuchiwałem się jej i potem sam powiedziałem, co mam na sercu, dlaczego tu wogóle jestem. Przy moim stole siadł jakiś starszy Pan Bawarczyk, którego też trudno było zrozumieć i który wtedy udzielił mi odpowiedzi. Najpierw powiem to po bawarsku, a poźniej przetłumaczę. “Rozumie Pan, Pan nie ma już raka. Pan musi powiedzieć: “Nie chcę mieć raka i odrzucić go od siebie.” Mój Boże – kto chce mieć raka? – Nikt. “Niech Pan go odda, odrzuci i już nie ma Pan raka, on nie należy już do Pana !”. Spojrzałem na tego człowieka oszołomiony, bo wyobraźcie sobie Państwo, był już 22 październik. Z moich 2 miesięcy upłynęło już 22 dni, dla mnie liczyły się już nie tylko dni, ale godziny! Siedziałem tam z rurkami, z drenażami na truciznę, która we mnie wpływała i ten człowiek opowiada mi takie rzeczy!. W międzyczsie przyjechali moi synowie, aby pożegnać się ze mną. Płakaliśmy na dworcu przy pożegnaniu. To było straszne. W międzyczasie napisałem również testament, a ten człowiek opowiada mi takie rzeczy. No dobrze, kupiliśmy książkę “Nauka Bruno Groeninga” i poszliśmy do domu.
Następnego dnia musiałem znowu iść do onkologa, żeby odłączyli te wszystkie rurki. Jak wychodziłem, moja żona powiedziała mi: “Pomyśl o tym – Nie masz żadnego raka! Masz już wszystko za sobą!” Odpowiedziałem: “Teraz znowu Ty zaczynasz?!” Ja jeszcze nie byłem na tyle daleko, ja poszedłem już za daleko w innym kierunku. Ale zacząłem to robić – jeżeli chodzi o nastawianie się, bardzo szybko pojąłem, że żeby rozstać się z chorobą, trzeba ją odrzucić. W międzyczasie dzwoniło do mnie wielu ludzi, wielu zostało przyjaciółmi Brono Groeninga. Wielu z nich też przeżyło uzdrowienie. Przy czym, muszę również zaakceptować to, że pewien człowiek odszedł, i to mój szwagier, który mieszkał tu na górze obok Ratzeburga. Dowiedział się o moim uzdrowieniu i był dwa razy na spotkaniu Koła. Ale on nie mógł tego przyjąć, mimo, że Bruno Groening powiedział, że: “Jeżeli Pan nie będzie wierzył, ja będę wierzył za Pana.” I ten człowiek powiedział dwa znaczące zdania. Jak jeszcze żył powiedział w żargonie “plat”, muszę to znowu przetłumaczyć. Powiedział: “Ci ludzie od Bruno Groeninga są fajni i cała ta sprawa jest super” – i teraz, to drugie, decydujące zdanie – “ale Ty musisz najpierw w to wierzyć!” I tu jest sedno sprawy – wierzyć i ufać! Ja to zrobiłem.
Nastawiałem się – rano przed chemią, po chemii, w ciągu dnia. W południe jak się położyłem, też otwierałem ręce i nastawiałem się. Nastawiałem się. Nie próbowałem sie nastawiać, ja to robiłem. Próbowanie oznacza poszukiwanie. To nie jest stacja prób, poszukiwań, tutaj dzieją się rzeczy, które chcemy żeby się działy, żeby się urzeczywistniły.
Oczywiście moja chemioterapia trwała nadal raz w tygodniu. Nastawiałem się, kiedy tylko mogłem. Wieczorami chodziliśmy na spotkania Koła Przyjaciół. Ponieważ jeszcze wtedy nie byłem w stanie tego wszystkiego pojąć, dalej raz w tygodniu brałem chemię. Nastawiałem się przed i podczas brania chemioterapii, żeby to co we mnie wpływa pomogło mojemu ciału i żeby wyszło to, co mojemu ciału szkodzi. Zaledwie wychodziłem od onkologa, musiałem wymiotować. Wypadły mi włosy.
2 stycznia 2002 roku miałem termin w Klinice Uniwersyteckiej w Resenburgu. Jak zadzwoniłem na oddział i powiedziałem, że chcę dostać termin. Musiałem dwa razy podać nazwisko i datę urodzenia, bo moje akta były już usunięte. Oni myśleli: “Ten już więcej nie przyjdzie”. Byli bardzo zdziwieni i otrzymałem termin. Zrobiono mi znowu ultrasonografię i tomografię komputerową. Lekarz był zdziwiony, że przerzuty w znacznym stopniu zmniejszyły się i że ja wogóle jeszcze żyję.
Wróciłem do domu i wtedy nastąpiło coś wspaniałego – regulacje. Ja jeszcze wtedy nie wiedziałem dokładnie, co to są regulacje. Wtedy byłem jeszcze za “zielony”, żeby zrozumieć, co to są regulacje. Ale ja przecież wszystko oddałem i życzyłem sobie, żeby moje ciało było zdrowe. Myślałem sobie: “Po co ta trucizna we mnie wpływa? Co to wszystko ma znaczyć?” To było około 20 stycznia – moje ciało zaczęło reagować, dostałem regulacji – temperatury, dreszczy, było mi niedobrze. Musieli natychmiast przerwać chemię, bo z pierwszego pojemnika nie splynęła nawet 1/4 i musieli mnie odłączyć i resztę wylać. Za dwa dni wydarzyła się podobna historia. Znowu podłączyli mnie i trzeba było przerwać zabieg z takim samym skutkiem. W ten sposób trzy razy zaczynano ze mną infuzję chemioterapii. Lekarz onkolog zirytowała się na mnie i powiedziała: “Jak Pan sie źle czuje, to proszę mi o tym powiedzieć. Taka jedna infuzja kosztuje trzy tysiące marek i ja musiałam już trzy razy wylać Pana płyn infuzyjny, bo to tylko przecież dla Pana przygotowane”.
Ale ja przedtem czułem się dobrze, normalnie zjadłam śniadanie. Ona mnie zbadała, zrobili badania krwi i nic nie znaleźli. I wiecie Państwo co, w międzyczasie dojrzałem na tyle dalece, żeby ufać i wierzyć, żeby zrobić to, co mówi Pani Hausler, Bruno i my wszyscy. Po prostu przerwałem chemię. Przestałem brać chemię.
Ci wszyscy, z którymi na ten temat rozmawiałem, rodzice, przyjaciele, znajomi, rodzina, mówili: “Czy Ty zwariowałeś? Przecież już widziałeś jakie sukcesy ta chemioterapia Ci przyniosła i Ty nagle ją przerywasz? Powiedziałem: “Przerywam chemię !”. I nic więcej nie robiłem. Żadnej opieki lekarskiej, zupełnie nic, żadnych leków, nic.
I to co wydarzyło się dalej – mam nadzieję, że będę mógł to właściwie przekazać. 15.04.2002 roku miałem kolejne badania w Klinice Uniwersyteckiej w Regensburgu. Moja żona przed moim wyjazdem powiedziała, że ma tylko jedno życzenie. Życzcie sobie Państwo czegoś, bo życzenie jest pierwszym krokiem do celu. Obojętnie jak daleki jest cel, czy bieg na 100 metrów, czy maraton na 42 kilometry. Obydwa biegi zaczynają się od pierwszego kroku. Życzcie sobie Państwo czegoś.
I ona powiedziała: “Życzyłam sobie i prosiłam Bruno, że jak pojawisz się w Klinice, zostanie Ci wyjęty drenaż, że wyjmie Ci się z wątroby stent – protezę wewnątrznaczyniową, że zostaną Ci zrobione badania i zostanie stwierdzone, ze jesteś zdrowy”.
W tym momencie coś takiego nie przeszło mi przez myśl, to było dla mnie tak dalekie, jak gwiazdy na niebie. Pojechałem do kliniki. Najpierw zrobino mi ultrasonografię. Lekarze nic nie znaleźli. Wtedy powiedziałem: ” W czwartym segmencie, gdzie jest stent?” Lekarz odpowiedział :”Stent widzę”. Powiedziałem – “Tam powinien być przeciez duży guz”. Lekarz odpowiedziała: “Tam nic nie ma, jest tylko blizna”. Zawołała swoją koleżankę. Zmieniły główkę ultrasonografu, bo mogła być uszkodzona. Ale dalej nic nie było. Z tym świeżym wynikiem poszedłem na mój oddział i przypadkowo spotkałem Panią doktor, która wtedy wydała na mnie wyrok śmierci. Pokazałem jej ten wynik. Stała kolo mnie w białym fartuchu i widziałem jak dostała gęsiej skórki. Powiedziała: “Gdybym teraz tutaj tego nie przeczytała i nie wiedziała, że ten wynik został Panu wystawiony tutaj u nas, nie uwierzyłabym”. Bo jak mnie zobaczyła na korytarzu, wypowiedziała na powitanie – pamiętała jeszcze moje nazwisko: “O Panie Drall, że Pan jeszcze……” Chciała powiedzieć, że Pan jeszcze żyje, ale opamiętała się. I teraz stałem przed nią.
Następnego dnia zrobiono mi badanie tomografii komputerowej emisyjnej, “postawiono mnie na głowie” (tzn zbadano bardzo dokładnie) i wynik był taki, że lekarze myśleli, że coś jest nie w porządku, nie chcieli w to uwierzyć. Płuca były wolne, jama brzuszna była wolna, węzły chłonne były wolne. Nic nie było. Dwa dni przesuwali mnie na oddziale i nie wiedzieli co ze mną zrobić. W końcu wysłali mnie na dól na oddział operacyjny, żeby wyciągnąć drenaż(port) i z wątroby protezę wewnątrznaczyniową (stent). Siedziałem już na dole na łóżku i lekarze z operacyjnego powiedzieli: “Nie, my tego nie możemy zrobić” i odesłali mnie z powrotem na oddział. Następnego dnia znowu była ta sama historia. Znowu przesłali mnie na oddział operacyjny i w końcu wyciągnęli port i stent. Obudziłem się z narkozy. To był dla mnie poruszający moment. Było to na intensywnej terapii. Duże pomieszczenie. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Było tam dużo łóżek z ludźmi po operacjach, którzy budzili się z narkozy. Wstałem, stanąłem na środku pokoju i najpierw uświadomiłem sobie, że żyję, że jestem zdrowy i że wszystko jest przezwyciężone. Stanąłem na środku pokoju, spojrzałem do góry i powiedziałem: “Bruno”. Potem spojrzałem na innych ludzi z tymi wszystkimi aparatami, oscylografami wokół nich i powiedziałem: “Bruno, pomóż również tym ludziom!”. To był pierwszy moment, kiedy dane mi było świadomie coś takiego przeżyć. Potem zostałem przewieziony na oddział. Wieczorem przyszła do pokoju jedna osoba z personelu. Przyniosła mojemu sąsiadowi leki, zajrzała do mojej karty i powiedziała: “U Pana nic nie ma, Pan nic nie dostanie.” i za chwilę spojrzała jeszcze raz na kartę i powiedziała: “Panu zostanie jeszcze raz woperowany drenaż (port) z lewej strony klatki piersiowej i od następnego tygodnia ma Pan znowu dostać chemioterapię w rytmie sześciotygodniowym”
Pomyślałem sobie: “Co, to niemożliwe !”. Byłem nieszczęśliwy. Ale my jesteśmy na tyle w szczęśliwej sytuacji, ze możemy wszystko oddać. Byłem zirytowany. Późnym popołudniem nastawiłem się. I to co teraz Państwu opowiem, ciągle jeszcze mnie porusza, bo to było tak wielkie. Nastawiłem się i powiedziałem: “Bruno, tak mi pomogłeś, jestem znowu zdrowy, czuję to przecież. Oddałeś mnie życiu. Przeszliśmy to razem. Czemu znowu ta chemia? Co Ci lekarze będą robić?”. I wtedy usłyszałem zupełnie wyraźnie, nie powiem, nie mogę powiedzieć, że to był jego głos, nie znam jego głosu. Ale usłyszałem wyraźnie: “Otrzymasz odpowiedź, z której będziesz zadowolony”. Powiedział to miły głos i było dobrze. Zasnąłem. Jak obudziłem się, to pierwsze co usłyszałem, to było znowu, że dostanę odpowiedź, z której będę zadowolony. To było najpiękniejsze zdanie jakie kiedykolwiek usłyszałem w życiu. Było we mnie dobre uczucie. Następnego dnia była wizyta z ordynatorem. Przed wizytą przyszedł do mnie cywi (służba w szpitalu zamiast służby wojskowej) i powiedział: “Pan tu uchodzi za cud. Oni nie wiedzą, co mają z Panem zrobić”. Powiedziałem mu: “Nie jestem żadnym cudem, jestem normalnym człowiekiem”. Nieraz rozmawiałem sobie z nim. No w każdym razie była wizyta z ordynatorem. Ja wiedziałem, że otrzymam odpowiedź, z której będę zadowolony. Byłem w łóżku, umyty, ogolony, po śniadaniu, w świeżej pidżamie. Weszli na salę. Najpierw obeszli moich współtowarzyszy, potem przyszli do mnie. Ordynator spojrzał na mnie, w moje akta chorobowe i wyraźnie ucieszył się. Stwierdził, ze wszystko jest super i wtedy powiedział również, że postanowiono, nie on sam, ale podjęta została wspólna decyzja: “Wstawimy Panu ponownie port, teraz obok lewego obojczyka i od następnego tygodnia dla pewności, żeby wszystko było w porządku, dostanie Pan 6-tygodniową chemioterapię. Robimy to dla Pana bezpieczeństwa”. Zwrócił mi na to jeszcze uwagę.
Wtedy moje serce, moja dusza, nie wiem, nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć. Moje serce rozkrzyczało się: “Bruno, to nie jest ta odpowiedź, na którą czekałem!” Lekarz stał i nic nie mówił. Trwało to może 4-5 sekund. Stał, przenikał mnie wzrokiem na wskroś. Inni z tego orszaku, pielęgniarki, zaczęli mu się przyglądać, dlaczego nic nie mówi. I wtedy powiedział: “Ale wie Pan co, akurat naszła mnie myśl, nie będziemy u Pana już nic więcej robić. Żadnego portu, żadnej chemii, nic. Jutro może Pan iść do domu”.
Możecie to Państwo sobie wyobrazić !!! . W karcie było urzędowo napisane i zadaniem ordynatora było mi to przekazać. Kiedyś pracowałem w marynarce. W marynarce, jak komandor wydaje polecenie, to jest to święte. Bo jak dzisiaj wyda poleceni, a jutro je odwoła, to powstaje pytanie: “Co to za jeden”.
Ordynator miał za zadanie przekazać mi wspólne postanowienie i podkreślił, że robią to dla mojego bezpieczeństwa. I nagle w ciągu kilku sekund wszystko odwołał. Zastanawiałem się, dlaczego tak zrobił ? Tak stał z tą kartą przede mną. Dopiero w zeszłym roku w Filzmoos, dane mi było to rozpoznać. On jak odłożył tą kartę, to stał tak przede mną z rękami otwartymi do góry i wtedy otrzymał pełen ładunek.
Byłem uzdrowiony. Pojechałem do domu i zaczęło się to, o czym mówił Pan Kamp. Moja mama powiedziała: “Chłopcze, ale jak to znowu wróci? Ja się już martwię!”. Odpowiedziałem jej wtedy: “Mamusiu, Ty nie musisz się martwić”. A mama na to: “Ale przeciez nalezy sie martwić”. Co za bezsens. Dzisiaj podchodzę do tego zupełnie inaczej. Matka mówi do swojego dziecka: “Martwię się, czego Ty wogóle oczekujesz, a jak to wróci?”. Dlatego zaraz trzeba budować sobie mury, żeby się chronić przed złymi emocjami.
Byłem uzdrowiony. Zadzwoniłem do moich synów i powiedziałam: ” Chłopcy mam dwie wiadomości. Jedną dobra i jedną złą. Najpierw ta dobra nowina – jestem zdrowy, a teraz ta zła – nie macie żadnego spadku”.
Potem po kwartale 22.07.2002 roku miałem pierwsze badanie kontrolne. W międzyczasie byłem w kontakcie telefonicznym z Panem Kampem. I to był wogóle najtrudniejszy okres, bo wszyscy ludzie z którymi rozmawiałem – przyjaciele, znajomi – wszyscy mówili: “Ale jak to wróci, to co wtedy? itd.”. Wtedy mówiłem: ” Jestem zdrowy. Wszystko inne oddałem i nic nie wróci. Wszystko jest w porządku”. “No tak, ale….”. “Nie ma żadnego ale “
W tym przypadku człowiek musi być silny. I to jest to, o czym mówi Pan Kamp. Kiedy ktoś przeżył uzdrowienie, musi być silny, żeby to uzdrowienie utrzymał. Porównam to tak, że pojawia się 24 owca, która pożera tą świeżą trawę, pożera to świeże wyzdrowienie. I do tego nie można dopuścić.
Na zakończenie, chciałbym Państwu coś przeczytać. Chodzi o moje badania kontrolne z 22.07.2002 roku. Badano mnie przez trzy dni. Wszystko zostało postawione na głowie. Szczegółowe badania krwi oraz inne specjalistyczne badania – nic nie zostało wykazane. Wszystko było w porządku. Rano przyszedł do mnie lekarz oddziałowy i powiedział, że nie jest jego zadaniem przekazywać choremu dokumentację, ale on musiał do mnie przyjśc: “Co się z Panem stało? Takiego przypadku jak Pana przypadek, jeszcze w tej Klinice Uniwersyteckiej nie było. Dzisiaj po południu o godz. 16.00, mamy z Pana powodu konferencję, aby omówić Pana przypadek.” Wtedy powiedziałem mu o grupie medyczno-naukowej itd.
A teraz orzeczenie lekarskie. Wprawdzie mogę już czytać bez okularów, ale z okularami idzie trochę lepiej. Przeczytam z tego tylko parę zdań, bo Ci lekarze nie wiedzieli jak tą sprawę właściwie potraktować.
” Od 2002 roku u pacjenta nie prowadzono żadnego leczenia chemioterapią, od kiedy wg załączonego protokółu usunięto drenaż (port).” I teraz to zdanie: “O dalszym leczeniu Pan Drall relacjonował, że poprzez branie udziału w grupie “medytacyjnej” przy zastosowaniu technik i ćwiczeń odprężających, mających na celu mentalne przepracowanie choroby nowotworowej (raka), wyleczył się sam psychosomatycznie. W tym czasie nie brał żadnych leków. Pacjent mówi o doskonałym samopoczuciu, o nieograniczonej zdolności do pracy, jest aktywny sportowo,….. Jeździ codziennie 10 km na rolkach i wędruje po górach….. i mówi, że nie ma żadnych cielesnych dolegliwości”.
I dalej “Stan i badania pacjenta nie wskazują na istnienie żadnych przerzutów, obciążających organy, czy też guzów rakowych w węzłach chłonnych.”
I to jest to co napisali lekarze. Chciałbym jeszcze powiedzieć, że miałem dobrych lekarzy, że lekarze wiedzą o tym, że jako chirurdzy mogą zrobic swoją część, ale pacjent sam musi chcieć. I na zakończenie chce jeszcze powiedzieć, że spotkałem wiele osób, które żyją swoją chorobą. Dla tych ludzi ich choroba jest złotą żyłą i nie chcą jej oddać. Wielu ludzi chce być zdrowymi, ale nie chcą oddać choroby. Dlaczego? Bo dzięki niej chcą być po części podziwiani, chcą z innymi mówic o chorobie. Wymieniają swoje informacje i pzrelicytowują się w tym co mają. Jestem wdzięczny, że istnieją tacy ludzie, jak Państwo, że istnieje taki człowiek jak Kamp i szczególnie, ze istnieje taka kobieta, jak Pani Hausler. Jestem bardzo wdzięczny Bruno Groeningowi, że umiem obchodzić się z jego nauką i że mogę ją przekazywać dalej. Wśród ludzi, którym to zrelacjonowałem, są w międzyczasie też już uzdrowieni, niektórzy stali się przyjaciółmi Bruno Groeninga. I muszę powiedzieć, że mamy skarb, że możemy po prostu powiedzieć: Oddaję to. Proszę traktujcie Państwo ten skarb poważnie w swoim sercu i uświadomcie sobie, jak cenne jest nastawianie się. Dziękuje bardzo.
















