Moja osobista relacja odnośnie działania Bruno Groeninga
Muszę przyznać, że trochę zaniedbałam swojego bloga ze względu na brak czasu. Pracuję teraz nad większym przedsięwzięciem, bo ciągle chcę się rozwijać, no i wiadomo, że jak każdy chcę zarobić. Jednak obiecałam przyjaciołom z Koła Przyjaciół Bruno Groeninga spisanie osobistej relacji na temat własnych doświadczeń z obcowania z Brunem i pozytywnych skutków jego działania oraz stosowania jego nauk. Od czasu mojej obietnicy minęło a ze dwa miesiące, a ja ciagle nie miałam czasu. Teraz okazało się, że to co przydarzyło mi sie kilka miesięcy temu było tylko preludium i że mam o wiele więcej obecnie do powiedzenia na temat jego pozytywnego działania, jako, że sporo się od tamtego czasu wydarzyło.
Zacznę jednak od pierwszej obiecanej relacji. Ja opowiadałam to już kilkakrotnie na spotkaniach w “Kole Przyjaciól Bruno Groeninga”, ale teraz chcę tu na moim blogu się z Wami tym podzielić. Otóż którejś pięknej soboty jak zwykle wybrałam się z mamą na spotkanie “KOŁA”, a po spotkaniu, naładowana pozytywną energią wstąpiłam jeszcze po drodze, na życzenie mamy, do Hipermarketu Real, niedaleko naszego domu. To chodzenie po markecie trochę nam się przedłużyło, bo mama zaintresowała się szafą na zamówienie, obejrzała wszystkie meble i dyskutowała zawzięcie ze sprzedającymi. Spotkanie w “Kole” też nie trwało krótko. Suma sumarum poza domem byłam z 8 godzin. Dla zwykłego człowieka to nic dziwnego, ale dla mnie w chwili obecnej to nie lada wyczyn. Mam bowiem w domu jamniczkę, która wymaga ciagłej opieki i mogę pozwolić sobie na tak długie wyjście, jedynie wtedy jak mój mąż jest w domu. On mimo, że kocha naszą psinkę, to nie poświęca jej tyle czasu co ja i na dobrą sprawę nie wie jakie wiążą się z tym obowiązki. A ja w tym dniu zostawiłam go aż na osiem godzin. Na dodatek nie ugotowałam obiadu.
Kiedy wróciłam wreszcie do domu, mąż był na mnie tak wściekły, ze szok. Przede wszystkim wściekał się, że nie ma obiadu. Normalnie bym go ochrzaniła i to zdrowo, w końcu jest dorosły i sam umie zrobić sobie jedzenie. Tego dnia jednak, naładowana pozytywną energią i cudownymi myślami, postanowiłam mu ustąpić i być dla niego miła, choć jego zachowanie wogóle mi się nie spodobało.
Weszłam szybciutko do kuchni i na szybko zaczęłam tłuc kotlety. Gdzieś tam jednak w głębi czułam wściekłość na niego i żeby ją rozładować, waliłam strasznie mocno tłuczkiem w mięso. Aż w końcu uderzyłam się tym tłuczkiem centralnie w palec środkowy. Uderzyłam sie tak mocno, że poczułam nagle gwałtowny ból, tak wielki, że zawrzeszczałam na całą kamienicę. Ból był coraz większy. Zaczęłam plakać z bólu, ze złości i z niemocy. Nie mogłam dalej nic robić, bo ból był zbyt mocny, żebym mogła na czymkolwiek innym się skoncentrować, a łzy zalewały mi oczy i nic na dodatek nie widziałam.
Pomyślałam sobie: “Nie zrobię mu tego obiadu, nie dam rady”. I wtedy przyszła mi do głowy cudowna myśl, żeby poprosić o pomoc Bruna. Zwróciałam się do niego na głos: “Bruno pomóż mi, ja nie zrobię mu tego obiadu, bo mnie okropnie boli ten palec”. I słuchajcie moi drodzy i wtedy w jednej chwili, w ułamku sekundy ból całkowicie ustał, całkowicie!!!!. Nie odchodził powoli, po prostu nagle palec przestał mnie kompletnie boleć. Stałam osłupiała, nie dowierzając, że coś takiego ma miejsce i że ja tego osobiście doświadczam. I usłyszałam, taki jakby wewnętrzny głos, który SPYTAŁ MNIE NA CO CZEKAM, PRZECIEŻ NIE BĘDZIE MNIE JUŻ BOLAŁO.
Oczywiście zrobiłam mu ten obiad, a na dodatek po tak mocnym uderzeniu nie miałam żadnych konsekwencji. Palec ani trochę nie spuchł, nie był siny, nie bolał i nie schodził paznokieć, jak to bywa przy tak wielkich stłuczeniach. Przypadek czy cud? Nie wierzę w przypadki. To było ewidentne działanie Bruna. Dalsze relacje będą jeszcze bardziej zaskakujące ale napiszę o nich już jutro.















